Zrobiłem test FTP. I po jaką cholerę mi to było?

Zrobiłem test FTP. I po jaką cholerę mi to było?
Tak to się zaczyna

Okres jesienno – zimowy już sobie przedyndałem, więc po chorobie stwierdziłem, że nie ma bata trzeba wracać do kręcenia. Przy cukrzycy typu drugiego długie okresy bez kręcenia mogą prowadzić do przekręcenia, także miałem dodatkową motywację.

Każdy kto zrobił sobie przydługawe roztrenowanie (jak się w amatorskiej zabawie ładnie określa fazę lenia) wie, że powroty nie są różowe. I tak jest w tym przypadku. Kuper daje znać, że odzwyczaił się od wynalazków typu siodełko, a to że dodatkowo kręcę na trenażerze nie poprawia sytuacji. Z resztą też nie jest za fajnie – już na pierwszej jeździe czułem, że jedzie się przyciężko, podjazdy 5-6% to już trochę desperackie pchanie, a nie podjeżdżanie. Cóż wiedziałem, że tak będzie robiąc przerwę. Jakiekolwiek pozory formy poszły sobie w las. Odkładając powrót na siodełko sam sobie to zrobiłem, więc muszę przeżyć stan zastany i czekać aż kilometry zrobią swoje.

Na drugiej sesji na trenażerze włączyłem test FTP. No ok za dużo powiedziane, nie kręciłem na maxa przez godzinę jak na pełnym teście się powinno robić. Nie zdecydowałem się nawet na dwudziestominutowy wariant tego testu. Doświadczenie z biegania każe mi nie szarżować, zakładam, że nawet będąc w jakiejś tam formie, nie jestem jeszcze w stanie takiego testu wykonać prawidłowo. Raczej nie byłbym w stanie jechać zadany czas z maksymalną mocą, albo optymistycznie przeszarżowałbym na początku albo nie doszacowałbym możliwości. Tak realistycznie patrząc pierwszy wariant jest bardziej prawdopodobny. Zdecydowałem się jak w przeszłości postawić na Ramp Test w wersji Lite, bo jednak mimo spasienia ciągle ważę poniżej 70 kg. Jeżdzący znają ten schemat – rozgrzewka na niskiej intensywności, potem co minutę waty rosną, aż do odmowy, schłodzenie. Klasyk.

I wyszło jak po przerwie wyjść musiało. Mogę się zasłaniać, że to nie był mój dzień, że nie doszedłem do siebie po długiej chorobie, że kaloryka przez glikemię od tygodnia szorowała po dnie, że garmin mi co ranek mówi, że mój sen też pozostawia dużo do życzenia. Czy po ludzku, że zmęczenie wydłużonym dniem pracy też miało wpływ na wynik. Tyko po co? Przerwa. Ja ją zrobiłem i sam sobie zafundowałem taką sytuację.

No dobra, ale skoro timing i okoliczności były raczej przeciwieństwem optymalnych to po co ten test robiłem? Przecież mogłem pokręcić sobie trochę na spokojnie, przyzwyczaić organizm do wchodzenia na obroty i na spokojnie spróbować. Ano po to by zobaczyć gdzie jestem. I z jakiego punktu znowu startuję. Nie żałuję podejścia do tego testu. Już zaraz po nim zrobiłem jakieś 15 km spokojnej jazdy w Z2 i faktycznie dane z mocy wydają mi się pokrywać z samopoczuciem. No czuć, że jeżdzone nie było, ale spokojniej i bez piłowania było. Po prostu teraz muszę dać sobie czas, przyzwyczaić pikawę i nogi do kręcenia. No zgubić parę kilo, by na podjazdach nie dźwigać zbędnego balastu.

No i taką zaletą Ramp Testów jest to, że można je stosunkowo często powtarzać – nie obciążają one tak mocno organizmu jak typowe testy FTP i nie wymagają długiej regeneracji po teście. Więc jak będzie mi się wydawało, że noga zaczyna podawać zawsze mogę się zweryfikować:).